Wiersze dla dzieci

Wiersze dla dzieci

KWOKA

Proszę pana, pewna kwoka
Traktowała świat z wysoka
I mówiła z przekonaniem:
"Grunt to dobre wychowanie!"
Zaprosiła raz więc gości,
By nauczyć ich grzeczności.
Pierwszy osioł wszedł, lecz przy tym
W progu garnek stłukł kopytem.
Kwoka wielki krzyk podniosła:
"Widział kto takiego osła?!"
Przyszła krowa. Tuż za progiem
Zbiła szybę lewym rogiem.
Kwoka gniewna i surowa
Zawołała: "A to krowa!"
Przyszła świnia prosto z błota.
Kwoka złości się i miota:
"Co też pani tu wyczynia?
Tak nabłocić! A to świnia!"
Przyszedł baran. Chciał na grzędzie
Siąść cichutko w drugim rzędzie,
Grzęda pękła. Kwoka wściekła
Coś o łbie baranim rzekła
I dodała: "Próżne słowa,
Takich nikt już nie wychowa,
Trudno... Wszyscy się wynoście!"
No i poszli sobie goście.
Czy ta kwoka, proszę pana,
Była dobrze wychowana?



LECĄ MUCHY

Z Podkarpacia, od Suchej
Wyleciały dwie muchy.

Pofrunęły do Ełka
Wyszlifować skrzydełka,

Poleciały do Rabki
Rozprostować swe łapki,

Potem z Rabki do Ryków,
Gdzie jest dużo śmietników,

I do Małej Sokółki
Gdzie są brudne zaułki,

I do Białej Podlaskiej
Pozbierały zarazki,

By je zanieść z wyprawy
Do Koluszek do Mławy,

A zarazki - mikroby
Powodują choroby.

Dziwnym może się wydać,
Że ich wcale nie widać,

Lecz uczone osoby
Znają wszystkie mikroby.

Kto roznosi je? Muchy.
Muchy - znane flejtuchy.

Czy to Kutno, czy Mława,
Jednakowa z tym sprawa.

Czy to Ryki, czy Rabka,
Siedzą muchy na jabłkach,

Siedzą muchy - brudaski,
Rozsiewają zarazki.

Grześ miał babkę, a babka
Myć kazała mu jabłka,
Lecz Grześ babki nie słucha.
"Co mi jakaś tam mucha,
Ja się muchy nie brzydzę,
Ja zarazków nie widzę."

Schrupał jabłko z ochotą,
Minął dzień... Nagle - co to?

Boli brzuszek i głowa
I choroba gotowa.

Cierpiał Grześ do wieczora,
Więc wezwano doktora.

Doktor groźną miał minę,
Dał Grzesiowi rycynę.

Lek przepisał mu gorzki
I okłady, i proszki,
I zastrzyków niemało,
A to bardzo bolało.

Wreszcie rzekł niby z łaski:
"Tak, mój Grzesiu, zarazki
Są choroby przyczyną.
Teraz szybko wyginą,
Będziesz zdrów, tak jak przedtem."
I dał nową receptę.

Grześ wycierpiał się, wierzcie,
A gdy zdrów był już wreszcie,
Wtedy znów z apetytem
Jabłko zjadł. Ale myte.



LEŃ

Na tapczanie siedzi leń,
Nic nie robi cały dzień.
       "O, wypraszam to sobie!
       Jak to? Ja nic nie robię?
       A kto siedzi na tapczanie?
       A kto zjadł pierwsze śniadanie?
       A kto dzisiaj pluł i łapał?
       A kto się w głowę podrapał?
       A kto dziś zgubił kalosze?
       O - o! Proszę!"
Na tapczanie siedzi leń,
Nic nie robi cały dzień.
       "Przepraszam! A tranu nie piłem?
       A uszu dzisiaj nie myłem?
       A nie urwałem guzika?
       A nie pokazałem języka?
       A nie chodziłem się strzyc?
       To wszystko nazywa się nic?"
Na tapczanie siedzi leń,
Nic nie robi cały dzień.

Nie poszedł do szkoły, bo mu się nie chciało,
Nie odrobił lekcji, bo czasu miał za mało,
Nie zasznurował trzewików, bo nie miał ochoty,
Nie powiedział "dzień dobry", bo z tym za dużo roboty,
Nie napoił Azorka, bo za daleko jest woda,
Nie nakarmił kanarka, bo czasu mu było szkoda.
Miał zjeść kolację - tylko ustami mlasnął,
Miał położyć się - nie zdążył - zasnął.
Śniło mu się, że nad czymś ogromnie się trudził.
Tak zmęczył się tym snem, że się obudził.



LIS I JASKÓŁKA

Namówił lis jaskółkę,
By z nim zawarła spółkę.

"To - rzecze - proste całkiem:
Mam pola pręt z kawałkiem,

Coś na nim zasadzimy,
A przed nadejściem zimy

Zbierzemy plon pomału,
Pół na pół do podziału,

Pani się zna na roli,
Co z dwojga pani woli,

Wierzchołki czy korzonki?"
"Wyznaję bez obsłonki,

Że ja wierzchołki wolę."
Lis szybko pobiegł w pole

I zasiał pełno marchwi,
Więc się jaskółka martwi:

"Plon każdy rolnik zbiera
I nawet lis przechera

Na marchwi się bogaci,
A ja mam kupę naci,

Po prostu kupę ziółek
Niezdatnych dla jaskółek.

Ha, wpadłam, trudna rada,
Lecz tylko raz się wpada!"

A lis już krąży w kółko:
"Cóż powiesz mi, jaskółko?"

"To powiem, że na zmianę
Tym razem ja dostanę

Korzonki. Co pan na to?"
"Ja na to jak na lato,

Wierzchołki nawet wolę."
To rzekłszy pobiegł w pole

I całą przestrzeń pustą
Obsadził w mig kapustą.

W ostatnim dniu kwartału,
Znów przyszło do podziału:

Lis wziął kapustę całą,
Jaskółce zaś zostało

Pięć wiązek i pół szóstej
Korzonków od kapusty.

Mówią odtąd jaskółki,
Że niedobre są spółki.



ŁATA I DZIURA

Miało palto dwa rękawy:
Łatany był rękaw prawy,
A lewy - dziurawy.

Rzecze lewy do prawego:
"Fe, kolego,
Jak się zgodzić można na to,
Żeby świecić taką łatą?"

Na to prawy odpowiada:
"Łata, kolego, nie wada,
Dziura wiele nie wskóra,
Lepsza jest brzydka łata niźli ładna dziura."



MARCHEWKA

Dawno temu, choć nikt o tym nie wie,
       Marchewka rosła na drzewie,
       A że tak wysoko rosła -
       Była okropnie wyniosła.

O kapuście mówiła "kapucha",
       Z brukwi się wyśmiewała, że jest tłustobrzucha,
       A jak się wyrażała o rzepie,
       Nawet nie wspominać lepiej.

Pomidor nazywała czerwoną naroślą,
       Sałatę - jarzyną oślą,
       Ziemniak - ślepiem wyłupiastym,
       A koper, po prostu, chwastem.

"Ja - mówiła marchewka - ja to jestem taka,
Że jeśli tylko zechcę, zakasuję ptaka,
Rosnę w górze, na drzewie, lecz jak będzie trzeba,
Pofrunę nawet do nieba!

Ja jestem nadzwyczajna, w smaku niebywała,
Jam owoc nad owoce, ze mną nie przelewki!"
Tak mówiła marchewka - głupia samochwała.
Dlatego właśnie dzieci nie lubią marchewki.



MICHAŁEK

Był leń, co zwał się Michałek.
Nie robił nic w poniedziałek,

Spać poszedł, a wstał we wtorek
Dopiero na podwieczorek.

Zaczekał, aż przyszła środa,
Lecz czasu było mu szkoda.

Do książki zabrał się w czwartek,
Lecz nawet nie rozciął kartek.

Pomyślał: "Jutro jest piątek,
Więc w piątek zrobię początek."

A w piątek rzekł: - "Na sobotę
Odłożę raczej robotę."

Przyszła sobota. - "W niedzielę
Odpocznę wpierw mało-wiele,

A za to już w poniedziałek
Odrobię cały kawałek."

We wtorek rzekł: - "Źle się czuję..."
A w środę dostał dwie dwóje.

Do domu wrócił Michałek,
Przygładził smętnie przedziałek,

I w ojca wlepiwszy ślepia,
Rzekł: - "Nauczyciel się czepia."



MLEKO

- Co się stało, co się stało?
- Gwałtu, mleko wyleciało!

Przeraziła się kucharka,
Wyleciało mleko z garnka

I jak białe prześcieradło
Na patelni wierzchem siadło.

Jęło fruwać pod sufitem,
Przyśpiewując sobie przy tym:

- Dobre mleczko, smaczne mleczko,
Nie dla ciebie, kochaneczko!

Rozgniewała się kucharka
I na mleko głośno sarka:

- Któż to słyszał, żeby mleko
Wyleciało tak daleko?

Zsiądź z patelni, zsiądź już prędzej,
Bo na zawsze cię przepędzę!

Na te słowa mleko zbladło,
Przestraszyło się i zsiadło.

Chodźcie do nas. Zjedzcie z nami
Zsiadłe mleko z ziemniakami.



MŁYNARZ, CHŁOPIEC I OSIOŁ

(z S. Marszaka)

Młynarz na ośle swym jechał, a wnuk
Ledwo nadążyć za osłem tym mógł.
"Patrzcie - wołanie rozległo się wnet -
Dziadek pozwala, by wnuk jego szedł.
Czy to widziano gdzie, czy to słyszano gdzie?
Dziadek pozwala, by wnuk jego szedł!"

Dziadek zlazł z osła, a dosiadł go wnuk,
Dziadek za wnukiem z daleka się wlókł.
"Spójrzcie - wołanie rozległo się wnet -
Chłopiec pozwala, by dziad jego szedł.
Czy to widziano gdzie, czy to słyszano gdzie?
Chłopiec pozwala, by dziad jego szedł!"

Dziadek czym prędzej na osła więc wsiadł,
Jadą już razem i wnuczek i dziad.
"Hańba - wołanie rozległo się wnet -
Dwóch wsiadło razem osłowi na grzbiet.
Czy to widziano gdzie, czy to słyszano gdzie?
Dwóch wsiadło razem osłowi na grzbiet!"

Osła na plecy wziął dziadek i tak
Wlecze się z wnukiem, choć sił mu już brak.
"Hejże, popatrzcie - wołano im w ślad -
Osioł na ośle wybiera się w świat.
Czy to widziano gdzie, czy to słyszano gdzie?
Osioł na ośle wybiera się w świat!"



MOPS

W kuchni stał na stole klops.
Mops do klopsa chyłkiem - hops!
Gdy się najadł tak, że spuchł aż,
Nagle zjawił się pan kucharz.

Patrzy, blednie - nie ma klopsa,
Rzecze tedy groźnie do psa:
"Ja przepraszam pana mopsa,
Pan mi tu za bardzo hopsa,
Żeby pan nie dostał kopsa!"

Na to mops wyszczerzył kły
I odszczeknął bardzo zły:
"Fe! A cóż to za maniery?
Jeśli mam być całkiem szczery,
Na mnie nawet pan nie dmuchnie,
Bo i tak chcę zmienić kuchnię,
A to głównie z tej przyczyny,
Że nie znoszę siekaniny!"
Po czym precz odrzucił sztuciec,
Warknął, burknął i chciał uciec.

Kucharz, widząc to, wpadł na psa,
Porządnego dał mu klapsa,
A na obiad zamiast klopsa,
Spożył - zły jak mops - rolmopsa.



MRÓWKA

Wół
Miał odwieźć do szkoły stół.

Powiada do osła: "Na wieś
Stół ten do szkoły zawieź."

Osioł pomyślał: "O, źle!"
I rzecze do kozła: "Koźle,

Odwieź ten stół, bardzo proszę,
Dostaniesz za to trzy grosze."

Zawołał kozioł barana:
"Odwieź ten stół jutro z rana."

Baran był na podwórku,
Do psa więc powiada: "Burku,

Odwieź, bo mnie nie ochota!"
Pies wezwał do siebie kota

I warknął: "Kocie-ladaco,
Ty zająć się masz tą pracą!"

Kot stołu wieźć nie zamierza,
Przywołał w tym celu jeża.

Jeż myśli: "Gdzie stół, gdzie szkoła?"
Więc szczura do siebie woła

I mówi: "Do pracy, szczurze,
Stół odwieź szybko, a nuże!"

Szczur chciał się myszą wyręczyć,
Lecz mysz nie lubi się męczyć,

Więc rzecze do żaby: "Żabo,
Stół odwieź, bo mnie jest słabo."

Żaba jaszczurkę zoczyła:
"Jaszczurko, bądź taka miła,

Najmocniej proszę cię, zawieź
Stół ten do szkoły na wieś."

Jaszczurka w pobliskich gąszczach
Zdołała dostrzec chrabąszcza:

"Stół odwieź, chrabąszczu drogi,
Bo bardzo bolą mnie nogi."

Lecz chrabąszcz to okaz lenia,
Powiada więc od niechcenia:

"Wiesz, mucho, zamiast tak brzęczeć
Mogłabyś mnie wyręczyć."

Mucha do mrówki powiada:
"Jest to okazja nie lada,

Stół trzeba odwieźć do szkoły.
Ty lubisz takie mozoły."

Mrówka,
Nie mówiąc nikomu ani słówka,
Chociaż nie była zbyt rosła,
Wzięła stół i do szkoły zaniosła.



MUCHA

Z kąpieli każdy korzysta,
A mucha chciała być czysta.
W niedzielę kąpała się w smole,
A w poniedziałek w rosole,
We wtorek - w czerwonym winie,
A znowu w środę - w czerninie,
A potem w czwartek - w bigosie,
A w piątek - w tatarskim sosie,
W sobotę - w soku z moreli...
Co miała z takich kąpieli?
Co miała? Zmartwienie miała,
Bo z brudu lepi się cała,
A na myśl jej nie przychodzi,
Żeby wykąpać się w wodzie.



MUCHY NA SUFICIE

Szła mucha wzdłuż po suficie
I wołała do much: "Czy widzicie,
Co się dzieje tam w dole, pod nami?...
Ludzie chodzą do góry nogami!"



MUŁ

       Był sobie pewien muł.
       Najlepiej muł się czuł,
Gdy stojąc przed wieczorem
Nad stawem lub jeziorem
Oglądał swe odbicie
I wołał: "Czy widzicie?
Wprost oczom swym nie wierzę,
Żem takie piękne zwierzę!
Ten łeb, jak kocham mamę!
A uszy? Uszy same,
Powiedzcie, co są warte!
Nie! Nie chcę być lampartem,
Niedźwiedziem ani lwem,
Bo teraz wreszcie wiem,
Że każde mądre zwierzę
Na króla mnie wybierze!"

Muł odtąd należycie
Oglądał swe odbicie.
Z odbicia taki czar bił,
Że muł się nad nim garbił,
I garbił, i pochylał,
I pysznił się co chwila:
"Dopiero tu poczułem,
Jak dobrze jest być mułem!"

Krakały wokół wrony:
"Popatrzcie, muł zgarbiony!"
Gil ćwierknął: "Powiem coś ci:
Trzeba się trzymać prościej!"
Koń doń przemówił czule:
"Po co się garbisz, mule?
Szacunku nie zaskarbi
Ten, kto się stale garbi."

Muł wierzgnął opryskliwie:
"Ogromnie wam się dziwię,
To bardzo brzydki nałóg
Udzielać innym nauk,
Sam jestem dosyć kuty!"

I garbił się dopóty,
Aż w końcu już wyglądał
Jak młodszy brat wielbłąda.

A wielbłąd, chyba wiecie,
Ma duży garb na grzbiecie,
Wielbłąda żadne zwierzę
Na króla nie wybierze.



MURZYN

W Głownie na rynku stał czarny Murzyn
W czerwonym fraku, w cylindrze dużym,
A miał do tego żółtą krawatkę
I pantalony obcisłe, w kratkę.

Nikt takich czarnych nie widział tu lic,
Szli tedy ludzie ze wszystkich ulic,
Bowiem dziwiło ich niewymownie,
Że nagle Murzyn zjawił się w Głownie.

Nawet aptekę zamknął aptekarz
Krzycząc na żonę: "Chodź! Czemu zwlekasz?"
I biegła młodzież z harcerskich drużyn,
Żeby zobaczyć, co to za Murzyn.

Trzej kolejarze wyszli z gospody,
Bo jeszcze takiej nie znali mody,
I rzekł z nich jeden, najbardziej krępy:
"Pewno przyjechał cyrk na występy."

Syn milicjanta przez okno darł się,
Że tacy chyba żyją na Marsie.
Wstyd było ojcu, że się tak syn drze
Widząc Murzyna w dużym cylindrze.

A to się wszystko stało dlatego,
Że Murzyn niegdyś był mym kolegą
I ustaliłem z nim nieodzownie,
Że się spotkamy za pięć lat w Głownie.

Pięć lat minęło. Murzyn z daleka
Przybył i na mnie na rynku czeka,
A ja pociągiem jadę z Lublina,
Żeby powitać w Głownie Murzyna.



MYSIKRÓLIK

Ćwierkał w polu Mysikrólik,
Wtem się zjawia mysi królik:
"Jam jest królik z mysiej łaski,
A pan tu urządza wrzaski,
Pan tu ćwierka wciąż, a zwłaszcza
Sobie tytuł mój przywłaszcza,
To nie mysie widzimisię,
Lecz królewskie prawo mysie,
Gdy się mysie wojsko zbierze,
Spierze panu pańskie pierze!"

Zląkł się ptaszek niesłychanie:
"Najjaśniejszy mysipanie,
Jam jest ptaszek - Mysikrólik,
Chcesz mi za to sprawić bólik?
Mysibólik musi boleć,
Czyżbyś na to mógł pozwolić?
Czyżbym próżno wzywał dzisiaj,
Mysipanie, łaski mysiej?
Choć to sprawa bardzo ważka,
Jednak litość miej dla ptaszka."

Zmiękło serce mysiej mości,
Tak więc rzecze już bez złości:
"Proszę złożyć mi na piśmie,
Że pan więcej już nie piśnie
I że odtąd żadna z myszy
Ćwierkań pańskich nie usłyszy!"

Ptaszek wnet żądanie mysie
Spełnił grzecznie, lecz w podpisie
Zmienił - stracha widać mając -
Imię swe na - Mysizając.



NA STRAGANIE

Na straganie w dzień targowy
Takie słyszy się rozmowy:

"Może pan się o mnie oprze,
Pan tak więdnie, panie koprze."

"Cóż się dziwić, mój szczypiorku,
Leżę tutaj już od wtorku!"

Rzecze na to kalarepka:
"Spójrz na rzepę - ta jest krzepka!"

Groch po brzuszku rzepę klepie:
"Jak tam, rzepo? Coraz lepiej?"

"Dzięki, dzięki, panie grochu,
Jakoś żyje się po trochu.

Lecz pietruszka - z tą jest gorzej:
Blada, chuda, spać nie może."

       "A to feler" -
       Westchnął seler.

Burak stroni od cebuli,
A cebula doń się czuli:

"Mój Buraku, mój czerwony,
Czybyś nie chciał takiej żony?"

Burak tylko nos zatyka:
"Niech no pani prędzej zmyka,

Ja chcę żonę mieć buraczą,
Bo przy pani wszyscy płaczą."

       "A to feler" -
       Westchnął seler.

Naraz słychać głos fasoli:
"Gdzie się pani tu gramoli?!"

"Nie bądź dla mnie taka wielka" -
Odpowiada jej brukselka.

"Widzieliście, jaka krewka!" -
Zaperzyła się marchewka.

"Niech rozsądzi nas kapusta!"
"Co, kapusta?! Głowa pusta?!"

A kapusta rzecze smutnie:
"Moi drodzy, po co kłótnie,

Po co wasze swary głupie,
Wnet i tak zginiemy w zupie!"

       "A to feler" -
       Westchnął seler.



NA WYSPACH BERGAMUTACH...

Na wyspach Bergamutach
Podobno jest kot w butach,

Widziano także osła,
Którego mrówka niosła,

Jest kura samograjka
Znosząca złote jajka,

Na dębach rosną jabłka
W gronostajowych czapkach,

Jest i wieloryb stary,
Co nosi okulary,

Uczone są łososie
W pomidorowym sosie

I tresowane szczury
Na szczycie szklanej góry,

Jest słoń z trąbami dwiema
I tylko... wysp tych nie ma.



NATKA-SZCZERBATKA

Jest w naszym domu schodowa klatka,
       A na tej klatce - lokali pięć.
W jednym z nich mieszka Natka-szczerbatka.
       O niej napisać mam dzisiaj chęć.

Mam chęć napisać, bo to jest gratka,
Bo to okazja ogromnie rzadka.
Była więc sobie Natka-szczerbatka...
Czemu szczerbatka? Zaraz wyjaśnię.
Wiadomo: każdy człowiek, nim zaśnie,
       Zęby szoruje, by zdrowym być,
Szczotką i pastą szoruje właśnie.
       A Natka zębów nie chciała myć.

Mówiła: "Nie chcę,
Szczotka mnie łechce,
Niech inni myją zęby, gdy chcą,
A ja nie będę! I żadna siła
Już mnie nie zmusi, bym zęby myła!"

Co z taką robić? Powiedzcie, co?

Nie wiem, co robić. I wy nie wiecie.
Dużo jest takich Natek na świecie.

Myjemy zęby szczotką i pastą,
       Cóż więc obchodzi i was, i mnie,
Cóż w rzeczy samej obchodzi nas to,
       Czy Natka myje zęby, czy nie?

Coż nas obchodzi jakaś tam Natka?
Niech się nią zajmie ojciec i matka -
       My z niej przykładu nie chcemy brać,
Bo to, po prostu, głupia dzierlatka,
       Która o zęby nie umie dbać.

Natka nie dbała, myć ich nie chciała.
Oto, po prostu, historia cała.

Czy opowiadać mam do ostatka,
       Czemu sąsiedzi od paru lat
Mówią o Natce: "Natka-szczerbatka"?
       Myślę, że każdy dawno już zgadł,
Co znaczy taka przypięta łatka
I to przezwisko: "Natka-szczerbatka."



NIE PIEPRZ PIETRZE

"Nie pieprz, Pietrze, pieprzem wieprza,
Wtedy szynka będzie lepsza."

"Właśnie po to wieprza pieprzę,
Żeby mięso było lepsze."

"Ależ będzie gorsze, Pietrze,
Kiedy w wieprza pieprz się wetrze!"

Tak się sprzecza Piotr z Piotrową,
Wreszcie posłał do teściową.

Ta aż w boki się podeprze:
"Wieprza pieprzysz, Pietrze, pieprzem?

Przecież wie to każdy kiep, że
Wieprze są bez pieprzu lepsze!"

Piotr pomyślał: "Też nielepsza!"
No, i dalej pieprzy wieprza.

Poszli wreszcie do starosty,
Który znalazł sposób prosty:

"Wieprza pieprz po prawej stronie,
A tę lewą oddaj żonie."

Mądry sąd wydała władza,
Lecz Piotrowi nie dogadza.

"Klepać biedę chcesz, to klepże,
A ja chcę sprzedawać wieprze."

Błaga żona: "Bądź już lepszy,
Nie pieprz wieprza!" A on pieprzy.

To Piotrową tak zgniewało,
Że wylała zupę całą,

Piotr zaś poszedł wprost do Wieprza
I utopił w Wieprzu wieprza.



NUDA

Gdy nudzę się ja - nudzi się moja żona,
       Gdy nudzi się ona -
       Pies patrzy okiem znudzonym
       I nudzi się kot z podwiniętym ogonem:
       Patrzy na myszy i ziewa.

       Kanarek w klatce nie śpiewa,
       Jak gdyby dostał chrypki;
       Gapi się na złote rybki,
       A rybki milczą oględnie
I patrzą na hiacynt, który z nudów więdnie.

       Niebawem gosposia nasza
       Znudzonym głosem ogłasza,
Że udaje się na cmentarz, na Bródno.

Ba, nawet muchy zdychają wirując w słonecznej smudze
       I wszystkim dokoła jest okropnie nudno,
       Gdy ja się nudzę.



ORZECH

Miał pan rejent ze Zwolenia
Twardy orzech do zgryzienia,

Nim go rozgryzł do połowy,
Stracił kieł i ząb trzonowy,

Wreszcie krzyknął: "A to gratka,
Proszę mi poszukać dziadka!"

Przybiegł dziadek siwiuteńki,
Twardy orzech wziął do ręki.

"Opamiętaj się, człowieku,
Nie mam zębów od pół wieku,

Taka sztuka to dla wnuka,
Niechaj służba go poszuka."

Wnuk, wiadomo, był siłaczem.
"Niechaj orzech ten zobaczę."

Wziął go, włożył między szczęki.
"Rzeczywiście, nie jest miękki!"

Po upływie pół godziny
Pot już spływał mu z czupryny,

Wreszcie przerwał ciężką pracę.
"Nie poradzę, zęby stracę,

Ale znam kowala w mieście,
Co ten orzech stłucze wreszcie."

Posłał rejent po kowala,
A już kowal się przechwala:

"Dla mnie to jest rzecz nienowa,
Jestem, panie, z Żelechowa,

A wiadomo, że Żelechów
Słynie z dziadków do orzechów."

Huknął kowal wielkim młotem,
A młot rozpadł się z łoskotem.

Jęknął kowal: "Co za orzech,
Żadna siła go nie zmoże,

Twardy orzech do zgryzienia,
Nie poradzę. Do wiedzenia."

Poszedł kowal, a tymczasem
Właśnie szła wiewiórka lasem.

Do pokoju oknem wpadła,
Orzech zgryzła, jądro zjadła,

O czym rejent jak najprędzej
Spisał akt w ogromnej księdze.

 


<wiersze 5 | wiersze 7>

statystyka