Wiersze dla dzieci

Wiersze dla dzieci

KIJANKI

Wystroiły się kijanki
W sukieneczki z wodnej pianki.

Podziwiały je szczupaki:
"Proszę państwa, kto to taki?

Nie kijanki, lecz panienki,
Takie strojne ich sukienki!"

"Nie bywało takich jeszcze" -
Zachwycone rzekły leszcze.

"Moda piękna i na czasie" -
Odezwały się karasie.

Tak pochlebne słysząc wzmianki
Napuszyły się kijanki.

Rzekła jedna: "Szczupak zna się,
Również znają się karasie,

A na przykład głupie żaby
Za nic mają te powaby."

Druga rzekła: "Moja miła,
Ja bym zaraz się zabiła,

Gdybym była taką żabą."
"Nie mów! Robi mi się słabo,

Gdy pomyślę o tym tylko,
Już wolałabym być kilką,

Szprotką, flądrą w galarecie,
Ale żabą? Za nic w świecie."

Tak ze sobą rozmawiały,
A tu dzień upłynął cały

Chciały zacząć od początku,
Lecz coś było nie w porządku,

Bo spostrzegły nagle nocą,
Że nie mówią, lecz rechocą.

I ujrzały w brzasku ranka,
Że kijanka - nie kijanka,

Tylko żaba, co rada by
Iść czym prędzej między żaby.

Otóż macie prawdę mądrą:
Flądra zawsze będzie flądrą,

Szprotka szprotką, kilka kilką,
A kijanka - żabą tylko.



KLEJ

Idzie klej i po kolei
Napotkane rzeczy klei:
       Stołki, szklanki, filiżanki,
       Salaterki, wazy, dzbanki,
Talerzyki, flaszki, miski,
Garnki, wiadra i półmiski,
       Nawet ławki, nawet szafki,
       Nawet książki i zabawki.
Już posklejał kuchnię całą,
A tu ciągle mu za mało,
       Wysmarował w pół godziny
       Wszystkie kołdry i pierzyny,
Cały dom się klei, lepi,
A on chciałby jeszcze lepiej.
       Naraz wzięła go ochota,
       Co się rzadko komu zdarza,
       Że przykleił psa do kota,
       Kota zaś do kominiarza,
Zlepił z sobą dwie kumoszki,
Które miały jakieś sprawki,
Szyld przykleił do dorożki,
A burmistrza do sikawki.
       W mieście straszne widowisko.
       Z każdą chwilą coraz gorzej,
       Już się wszystkim lepi wszystko
       I odlepić się nie może.
Już nie idzie nikt aleją,
Posklejane lampy gasną
I powieki tak się kleją,
Że za chwilę wszyscy zasną.



KŁAMCZUCHA

"Proszę pana, proszę pana,
Zaszła u nas wielka zmiana:
Moja starsza siostra Bronka
Zamieniła się w skowronka,
Siedzi cały dzień na buku
I powtarza: kuku, kuku!"
       "Pomyśl tylko, co ty pleciesz!
       To zwyczajne kłamstwa przecież."
"Proszę pana, proszę pana,
Rzecz się stała niesłychana:
Zamiast deszczu u sąsiada
Dziś padała oranżada,
I w dodatku całkiem sucha."
       "Fe, nieładnie! Fe, kłamczucha!"
"To nie wszystko, proszę pana!
U stryjenki wczoraj z rana
Abecadło z pieca spadło,
Całą pieczeń z rondla zjadło,
A tymczasem na obiedzie
Miał być lew i dwa niedźwiedzie."
       "To dopiero jest kłamczucha!"
"Proszę pana, niech pan słucha!
Po południu na zabawie
Utonęła kaczka w stawie.
Pan nie wierzy? Daję słowo!
Sprowadzono straż ogniową,
Przecedzono wodę sitem,
A co ryb złowiono przy tym!"
       "Fe, nieładnie! Któż tak kłamie?
       Zaraz się poskarżę mamie!"



KŁÓTNIA RZEK

Jaki powód rzeki miały,
Że się nagle posprzeczały
I tak długo trwały w gniewie,
Tego nikt naprawdę nie wie.
Ponoć pierwsza rzekła Warta,
Że jest Noteć nic nie warta,
Warcie na to rzekła Odra,
Że jest głupia i niedobra.

Wtedy padły słowa Wieprza:
"Sama też nie jesteś lepsza!"

Wieprza znów skarciła Raba:
"Oby cię wypiła żaba!"

Na to się odezwie Nida:
"Tobie samej też się przyda!"

Biebrza na to rzecze grzecznie:
"Mówisz, rzeko, niedorzecznie."

Jak nie skoczy San na Biebrzę:
"Sama wciąż u Narwi żebrze,
A dla innych - niełaskawa!"

"San, a głupi!" - rzekła Skawa.

I tak trwały kłótnie długie
Sanu z Sołą, Wieprza z Bugiem,
Ledwie coś tam powie która,
A już Nysa, a już Bzura,
A już Odra czy Barycza
Wszystkie wady jej wylicza.
To się tak sprzykrzyło Wiśle,
Że im rzekła po namyśle:

"Drogie rzeki, biorąc ściśle,
Waszych słów naprawdę szkoda,
Przecież to jest wszystko woda.
Jednakowy los nas czeka,
W morze wpadnie każda rzeka."

Gdy tak rzekła mądra Wisła,
Cała zwada zaraz prysła.



KŁÓTNIA ZABAWEK

Chwaliła się lalka w sklepie,
       Że jest bardzo droga.
"Głupia lalko, zamilcz lepiej"
       Rzekła hulajnoga.
       "Za mnie ludzie więcej płacą.
       Bo jest za co."

Kolej nakręcana syknęła złośliwie:
       "Bardzo ci się dziwię!
Chłopiec, który w ruch mnie wprawia,
       Może jechać do Wrocławia,
Do Krakowa i do Kielc,
A ty przy mnie jesteś szmelc."

Usłyszały tę rozmowę
Baloniki kolorowe,
       Jeden nawet pękł ze złości
       I zawołał: "Powiem coś ci!
       Kolej warta hulajnogi,
       Bo się musi trzymać drogi,
       A balonik, jeśli trzeba,
       Poleci do nieba."

Rzekł samolot: "Jak się chwalą!
       Nawet taki pusty balon -
       On poleci! Do latania
       Służą samoloty,
       A samolot rzecz nietania,
       Kosztuje sto złotych."

W sklepie krzyk się podniósł nagle:
Piszczał żołnierz szkocki,
Okręt machał białym żaglem,
       Chrobotały klocki,
Budownictwo spadło z szafki,
Pajac zwichnął ręce.
Tak sprzeczały się zabawki:
       Która warta więcej?

A skarbonka rzekła skromnie:
"Godzi się pomyśleć o mnie.
Nie chcę robić wam wymówek,
Ale stwierdzam nie bez dumy,
Że w skarbonce ze złotówek
       Rosną duże sumy.
Kto oszczędza - nie jest głupi,
       Bo on wie najlepiej,
Że na pewno sobie kupi
       Każdą rzecz w tym sklepie."

Lalka cicho rzekła: "Mama,
Pomyślałam o tym sama."
Mruknął też pluszowy miś:
"Dość już kłótni, dość na dziś."
A pękaty bąk wybąkał:
"Jaka mądra ta skarbonka!"



KOKOSZKA

Śliczną kokoszę miał Tadeuszek:
Zdobił ją miękki, złocisty puszek,
Czubek i różne kurze zalety,
Lecz nie umiała liczyć niestety!
Jajka znosiła piękne, aż miło,
Lecz nie wiedziała, ile ich było.
       Siedem? Cztery? Dziewięć? Dwa?
       I kud-ku-da, i kud-ku-da,
       I tak przez cały dzień w kurniku
       Ni be, ni me, ni kukuryku!

W puchu kokoszki ciepłej i czułej
Z jajek kurczęta wnet się wykluły.
Patrzy kokoszka - dobry początek,
Tyle dzieciątek, tyle kurczątek,
Drobne, drobniutkie, żółte, żółciutkie -
A jednocześnie myśli ze smutkiem:
       "Siedem? Cztery? Dziewięć? Dwa?
       I kud-ku-da, i kud-ku-da?
       Ach, ileż tego jest w kurniku?"
       Ni be, ni me, ni kukuryku!

Krąży dokoła biedna kokoszka
I myśli sobie: "Dolo ma gorzka!
Wiem już, co zrobię. Wejdę na grzędę
I po kolei liczyć je będę."
Minął dzień jeden, drugi i trzeci,
Siedzi kokoszka, liczy swe dzieci.
       Siedem, cztery, dziewięć, dwa...
       I kud-ku-da, i kud-ku-da?
       I tak przez cały dzień w kurniku:
       Ni be, ni me, ni kukuryku!

Wtem do kurnika wszedł Tadeuszek,
Wszedł Tadeuszek, mały leniuszek.
Kiedy zobaczył biedną kokoszkę,
"Mogę - powiada - pomóc ci troszkę,
Przecież rachunki jeszcze pamiętam,
Zaraz policzę twoje kurczęta:
       Siedem, cztery, dziewięć, dwa..."
       I kud-ku-da, i kud-ku-da!
       Ach, ileż tego jest w kurniku?
       Ni be, ni me, ni kukuryku!



KOKOSZKA-SMAKOSZKA

Szła z targu kokoszka-smakoszka,
Spotkała ją pewna kumoszka.
"Co widzę? Wątróbka, ozorek?
Ja do ust tych rzeczy nie biorę!"

       Kura na to: "Kud-ku-dak,
       A ja - owszem! A ja - tak!"

"No, co też paniusia powiada!
A taka, na przykład, rolada?
Toż nie ma w niej nic oprócz sadła,
Już ja bym rolady nie jadła!"

       Kura na to: "Kud-ku-dak,
       A ja - owszem! A ja - tak!"

"Lub weźmy, powiedzmy, makaron
Czy gulasz, czy rybę na szaro,
Czy jakieś tam flaki z olejem...
O, nie! Takich potraw ja nie jem!"

       Kura na to: "Kud-ku-dak,
       A ja - owszem! A ja - tak!"

"Są ludzie, paniusiu kochana,
Co jajka już jedzą od rana.
Nie dla mnie są takie rozkosze,
Bo jajek po prostu nie znoszę!"

       Kura na to: "Kud-ku-dak,
       A ja - owszem! A ja - tak!"



KOLORY

Malarz wciąż zachodził w głowę:
Są kolory i odcienie,
Każdy inną ma wymowę,
Każdy jakieś ma znaczenie.

Aż podsłuchał raz w farbiarni,
Jak sprzeczały się kolory:
- Żółty trzyma się najmarniej,
Żółty jest na zazdrość chory.

- Też gadanie... Zresztą zgoda,
Mnie zazdrosne lubią żony,
Taka jest w tym roku moda:
Żółty kolor, nie czerwony.

Mruknął czarny: - Czy należy
W takie wdawać się rozmowy?
Jak czerwony się zaperzy,
To się robi fioletowy.

- Zamilcz! Wszystkim się podoba
Modny kolor fioletowy,
A ty jesteś co? Żałoba!
Ciebie lubią tylko wdowy.

- Lepszy czarny jest niż biały!
- Lepszy biały, za to ręczę,
Wszak się na mnie poskładały
Barwy, które tworzą tęczę.

- Tylko panny i oseski
Białym chlubią się kolorem...
- A niebieski
       - Co niebieski?
- Jego tu na świadka biorę.

Rzekł niebieski: Słów mi szkoda.
Każdy z czasem wypłowieje.
A zielony tylko dodał:
- Mam nadzieję... Mam nadzieję...



KONIK POLNY I BOŻA KRÓWKA

Konik polny z bożą krówką
Poszli raz ku Kalatówkom.

Patrzą w górę - a tu góra
Cała szczytem tonie w chmurach.

Konik polny rzekł, pobladłszy:
"Popatrz, góra jak się patrzy!"

Boża krówka aż struchlała:
Idzie na nas góra cała!"

Co tu robić? Konik polny,
Do decyzji szybkich zdolny,

Rzecze: "Mam ja wyjście proste;
Trzeba jej dorównać wzrostem,

W walce z górą ten coś wskóra,
Kto się stanie sam jak góra!"

Szybko wzięli się do dzieła,
Boża krówka się nadęła,

Rosła, rosła i pęczniała,
Wkrótce miała metr bez mała.

Rósł też dzielnie jej towarzysz
I wciąż pytał: "Ile ważysz?"

Bo im przecież z każdą chwilą
Przybywało po pięć kilo.

Tak więc rośli, rośli, rośli,
Aż wyrośli znad zarośli,

Aż się stali, daję słowo,
Jedno koniem, drugie krową.



KOS

Kos wszedł na rzece na mostek,
Przemoczył nogi do kostek.
       Jęknął więc na cały głos:
"Rany koskie, jakem kos,
       Na pewno będę miał katar!
Niechby mi plecy ktoś natarł,
       Niechby dał ktoś aspirynę,
       Bo na pewno marnie zginę!"

       Poleciał kos do lekarza:
       "Doktorku, to mnie przeraża,
       Przemoczyłem sobie nogi,
       Ratuj mnie, doktorku drogi!"

Lekarz się roześmiał w głos
       I spojrzał na kosa z ukosa:
"Do kataru potrzebny jest nos,
       A kos przecież nie ma nosa.
Chętnie z tobą się założę:
       Dziecku to zaszkodzić może,
       Lecz ty, kosie, co chcesz rób,
       Nie masz nosa, tylko dziób.
Mój drogi, ptakom katar nie zagraża."

Kos jak niepyszny wyszedł od lekarza,
       Zawstydzony kroczył lasem,
A ptaki dookoła ćwierkały tymczasem:
       "Patrzcie, patrzcie, idzie kos,
       Ależ mamy z kosem los,
       Kosi-kosi łapki,
       Pogadaj do babki!
       Co, kosie? Co, kosie? Co, kosie?
       Dostało ci się po nosie!"



KOT

Pewnego dnia, w Koluszkach,
Cichutko, na paluszkach
Zbliżył się do mnie kot bury,
Wysunął groźnie pazury
I rzekł ze złością: "Mój panie,
A cóż to za zachowanie?
Pisał pan bajkę po bajce,
O jakiejś tam pchle-szachrajce,
O sowach, o dzięciołach
I o wołach -
Wałkoniach,
A także o koniach -
P-r-r-r...
O lwach takich strasznych, aż strach -
B-r-r-r...
I o złych, nienawistnych psach -
W-r-r-r...
O płazach różnych tylu,
O krokodylu z Nilu,
O smoku na Wawelu,
O ptakach bardzo wielu,
O rakach, o ślimakach,
A nawet o robakach
I o dorszu w Sopocie,
Który się nie chciał strzyc,
No, a co pan napisał o kocie?
Nic!

A przecież kot, proszę pana,
To postać powszechnie znana.
To pożyteczna istota,
A pan wciąż pomija kota!
Jakiż pan przykład daje?
Cóż to za obyczaje?
Żądam teraz niezłomnie:
Proszę w domu siąść na kanapie
I wiersz napisać o mnie,
A jak nie - to panu oczy wydrapię!"
Tak mówił do mnie kot bury
Pokazując pazury.

Cóż tedy robić miałem?...
W Warszawie, po powrocie,
Siadłem i napisałem
Właśnie ten wiersz o kocie.



KOZA

Na ulicy Koziej
Koza dzieciom grozi,

       Że je czeka wielka bieda,
       Że koziego mleka nie da,
       Że im każe stać na chłodzie,
       Że rogami je pobodzie,
       Że potopi je w ukropie
       I podepcze, i pokopie.

Szczęściem ludzie w to się wdali,
Milicjanci ją złapali,
Uwiązali na powrozie
I zamknęli kozę w kozie.



KOZIOŁECZEK

Posłał kozioł koziołeczka
Po bułeczki do miasteczka.

Koziołeczek ruszył w drogę,
Wtem się natknął na stonogę.

Zadrżał z trwogi, no i w nogi,
Gaik, steczka, mostek, rzeczka,
A tam czekał ojciec srogi
I ukarał koziołeczka:

"Taki tchórz! Taki tchórz!
Ledwo wyszedł, wrócił już!
Ładne rzeczy! Ładne rzeczy!"

A koziołek tylko beczy:
"Jak nie uciec, ojcze drogi?
Przecież sam rozumiesz to:
Ja mam tylko cztery nogi,
A stonoga ma ich sto!"

Posłał kozioł koziołeczka
Do miasteczka po ciasteczka.

Koziołeczek mknie raz-dwa-trzy.
Nagle staje, nagle patrzy:

Chustka wisi na parkanie...
Koziołeczek tedy w nogi
I znów dostał w domu lanie,
Bo był ojciec bardzo srogi:

"Taki tchórz! Taki tchórz!
Ledwo wyszedł, wrócił już!
Ładne rzeczy! Ładne rzeczy!"

A koziołek tylko beczy:
"Jak nie uciec, ojcze drogi,
Czyż jest słuszna kara twa?
Chustka ma wszak cztery rogi,
A ja mam zaledwie dwa!"



KRASNOLUDKI

Krasnoludki z wszystkich miast
Urządziły w lesie zjazd.
Program zjazdu był taki:
Po pierwsze -
Gdzie zimują raki?
Po drugie -
Czy brody są dosyć długie?
Po trzecie -
Czy zima może być w lecie?
Po czwarte -
Co robić, żeby dzieci nie były uparte?
Po piąte -
Skąd wiadomo, że zawsze po czwartku jest piątek?
Po szóste -
Dlaczego niektóre orzechy są puste?

Pierwszy mówić miał najstarszy,
Ale tylko czoło zmarszczył;
Drugi mówić miał najmłodszy,
Więc powiedział coś, trzy-po-trzy;
Potem głuchy streścił szeptem
Wszystko to, co słyszał przedtem;
Ślepy mówił o kolorach,
Lecz przeoczył coś, nieborak;
Zaś niemowa opowiedział
O tym, czego sam nie wiedział.
Mańkut milcząc spojrzał wokół
I napisał tak protokół:
"Krasnoludki z wszystkich miast
Urządziły w lesie zjazd.
O czym tam się mówiło przez dwanaście godzin,
To pana, proszę pana, zupełnie, ale to zupełnie nie obchodzi!"



KRÓL I BŁAZEN

Był król, co prosto z błota
Szedł w pałacowe wrota
I nie wycierał nóg,
Chociaż je wytrzeć mógł.

Silili się ochmistrze,
By mieć podłogi czystsze,
Lecz brud przynosił król
Z polowań, z łąk i pól.

Martwili się dworzanie,
Że pałac jest w tym stanie,
Bo nikt już nie miał sił,
By zmiatać brud i pył.

Podłoga jest ze złota,
Lecz pełno na niej błota,
Osiada wszędzie kurz...
Któż skarci króla, któż?

Wzdychały dworskie damy:
"Jakżeż powiedzieć mamy -
Nasz królu, tak a tak...
Odwagi na to brak."

Radzili ministrowie,
Kto to królowi powie,
Lecz każdy z nich się bał:
A nuż król wpadnie w szał?

Miał błazna król na dworze.
Raz król był nie w humorze,
Więc gońca wysłał wnet,
By błazen zaraz szedł.

I król powiada: "Błaźnie,
Mam humor zły wyraźnie,
Coś wesołego mów,
Chcę słuchać twoich słów!"

Popatrzył błazen chytrze:
"Niech król wpierw nogi wytrze,
Nie znoszę, gdy jest brud,
A tu jest brudu w bród."

Król uniósł w górę palec:
"A cóż to za zuchwalec!"
Wtem rozpogodził twarz:
"Wiesz, błaźnie, rację masz!

Masz rację, kiedy wchodzę,
Zostawiam na podłodze
I brud, i pył, i kurz,
Z tym trzeba skończyć już!

Hej, służba! Hej, sprzątaczki!
Przynoście wycieraczki!
A kto nie wytrze nóg,
Nie wpuszczać go przez próg!

Wycierać trzeba nogi,
Bo brudzą się podłogi,
Kurz wdziera się do płuc,
Brudasów każę tłuc!"

I odtąd król ten srogi
Dbał bardzo o podłogi,
A gdy przez próg szedł, wprzód
Wycierał każdy but.

Ta bajka jest zmyślona,
Ale zachęca ona,
Jak każdy stwierdzić mógł,
Do wycierania nóg.



KRUKI I KROWA

Dlaczego krowę nazwano krową?
Mam na ten temat bajkę gotową.

We wsi Koszałki, gdzie skręca droga,
Stała pod lasem chatka uboga,

W chatce mieszkała stara babina,
Która na wojnie straciła syna.

Była więc sama jedna na świecie,
We wsi Koszałki, w zduńskim powiecie,

I miała tylko zwierzę rogate,
Zwierzę rogate i nic poza tym.

Zwierzę wyrosło pod jej opieką
I co dzień babci dawało mleko.

Babcia się zwała Krykrywiakowa,
Piła to mleko i była zdrowa,

A zwierzę, które wiersz ten wymienia,
Dotąd nie miało we wsi imienia.

Jedni wołali na nie Mlekosia,
Inni po prostu Basia lub Zosia,

Sołtys przezywał zwierzę Rogatką,
A babcia - Łatką albo Brzuchatką.

Nad chatką stale kruki latały,
Dwa kruki czarne i jeden biały.

"Kr-kr!" - wołały, bo babcia owa,
Która się zwała Krykrywiakowa,

Karmiła kruki i co dzień rano
Stawiała miskę z kaszą jaglaną.

Otóż zdarzało się też nierzadko,
Że zwierzę babci, zwane Brzuchatką,

Gdy swego żarcia miało za mało,
Kaszę jaglaną z miski zjadało.

Kruki dwa czarne i jeden biały,
Babcię wzywały, "kr-kr!" - wołały,

"Kr-kr!" - skrzeczały z wielkim przejęciem,
Rogate zwierzę dziobiąc zawzięcie.

Do "kr" ktoś dodał końcówkę "owa"
I tak powstała ta nazwa "krowa."

Odtąd się krowa krową nazywa. -
Ta bajka może nie jest prawdziwa,

Może jest nawet sprzeczna z nauką,
Lecz winę tego przypiszcie krukom.



KSIĘŻYC

Plotkowały drzewa w borze:
"Pan Księżyc jest nie w humorze."
"Pan Księżyc miał jakieś przykrości."
"Pan Księżyc jest blady ze złości."
"Pan Księżyc ma twarz taką srogą."
"Pan Księżyc dziś wstał lewą nogą."
"Pan Księżyc jest trochę nie w sosie."
"Pan Księżyc dziś muchy ma w nosie."

Jak tu Księżyc się nie zgniewa:
"Cóż, myślicie, głupie drzewa,
Że ja mam przyjemne życie?
Wy słońce tylko cenicie,
Was tylko słońce zachwyca,
Wy kpicie sobie z Księżyca,
A ja wam na to odpowiem -
Uważam, że jest rzeczą po prostu bezwstydną
Porównywać słońce ze mną,
Bo słońce świeci we dnie, gdy i tak jest widno,
A ja w nocy, gdy jest ciemno."



KTO Z KIM PRZESTAJE

Kto z kim przestaje, takim się staje -
Na pewno znacie te obyczaje?

Bocian po deszczu człapał piechotą,
Bo lubi nogi zanurzać w błoto.

Świnia podobne miewa słabostki
I chętnie w błoto włazi po kostki.

Bocian odwiedzał świnię z ochotą.
Plaskał i mlaskał: - Błoto jak złoto!

Ona do niego szła przy sobocie,
Żeby jej pomógł nurzać się w błocie.

Kwiczał: - Dzięki, dzięki stokrotne,
Bardzo mi służą kąpiele błotne!

Tak spotkali się wciąż na zmianę
Bocian ze świnią, świnia z bocianem.

Lecz minął okres pierwszych uniesień,
Powiało chłodem, nastała jesień

I bocian starym swoim zwyczajem
Właśnie zamierzał rozstać się z krajem.

Wtem wpadła świnia zirytowana.
- To w błocie byłam dobra dla pana?

W błocie, w kałuży i nawet w bagnie,
A teraz pan mnie porzucić pragnie?

Niech pan pomyśli, co pan wyczynia?
Odrzecze bocian: - Wiem, jestem świnia!

"Kto z kim przestaje, takim się staje."
Rzekł. I odleciał w dalekie kraje.



KULKI

Dwie damulki z Koziej Wólki
Kupowały w sklepie kulki,

Kupiły ich bardzo dużo,
Nie wiedząc, do czego służą.

Kulały je i turlały
Po mieszkaniu przez dzień cały,

Po stołach i po podłodze,
Aż umęczyły się srodze.

Ludzie w okna zaglądali,
Co z tego wyniknie dalej,

Aż każdy po trochu uległ
Powabom tych szklanych kulek,

Bo były to kulki szklane
W siedmiu barwach na odmianę.

Każda kulka już w zarodku
Drugą kulkę miała w środku,

Więc gdy patrzał ktoś przez chwilę,
Widział ich dwa razy tyle.

Zapytywał miejski urząd,
Do czego te kulki służą:

Do wyboru, do koloru,
Do wrzucania do otworu,

Do budowy, do uprawy
Czy, po prostu, do zabawy,

A mieszkańcy Koziej Wólki
Wykupili wszystkie kulki,

Kupili ich bardzo dużo,
Nie wiedząc, do czego służą.

Kulali je i turlali
Przez miasto, a potem dalej,

Aż je pod koniec zabawy
Doturlali do Warszawy.



KUMA

Przy gumnie siedzi kuma
       I duma.
Kum przyszedł: "Nie siedź przy gumnie,
Przybliż się, kumo, ku mnie!
       A kuma.
       Duma.

O zmierzchu przyszli sąsiedzi:
"A po co kuma tam siedzi?
To wcale nie jest w porządku
Tak dumać, i to przy piątku."
       A kuma.
       Duma.

Zebrali się ludzie tłumnie,
Stanęli wszyscy przy gumnie,
Milicjant przyjechał z miasta,
Już wieczór, już jedenasta,
       A kuma.
       Duma.

Kum jest po prostu w rozpaczy:
"Wytłumacz mi, co to znaczy?"
Już noc minęła, już dnieje,
A kum nie pije, nie je,
       A kuma.
       Duma.

Już minął tydzień i drugi,
Już miesiąc upłynął długi,
Pół roku, rok minął cały
I znowu żniwa nastały,
       A kuma.
       Duma.

Kum umarł trzeciego lata,
Brat kuma i żona brata,
Pomarli wszyscy sąsiedzi,
A kuma przy gumnie siedzi,
       A kuma.
       Duma.

Sto lat już duma bez mała,
Gdzie klucz od gumna podziała,
A niepotrzebnie się biedzi,
Bo właśnie na kluczu siedzi.

 


<wiersze 4 | wiersze 6>

statystyka